środa, 22 października 2014

Rozdział 11


  Chęć zemsty ogarnęła mną całą. "Pierdolę tego udawanego dobrego braciszka! Poćwiartuję go! Podziurawię jak ser! Zniszczę!" te jedyne słowa przepływały mi teraz do rozumu. Wokół mnie zaczął gromadzić się czarny wiatr. Był chaotyczny, porywczy i straszny. Niestety nie mogłam przyznać, iż był niesamowity. Żywioł zaczął delikatnie smyrać moje ciało, nie robiąc mi przy tym nawet najmniejszej krzywdy. Coś się we mnie zmieniało czułam i wiedziałam o tym. Moja liliowa sukienka z czarniała i zaczęła się przeistaczać. Była teraz czarna jak smoła...Nawet jej bawełniany materiał zmienił się w czarne anielskie pióra. Sięgała mi do kolan. Nie miała ramiączek. Jeden  ala rękaw z tych samych piór do końca ręki. Wyglądało to mniej więcej jak  trzecie skrzydło. Druga strona ,gdzie miał znajdować się 2 rękaw odkrywała moją delikatną rękę. Nie miałam jej całej odkrytej , ponieważ została spleciona czarną skórą. To nie był jednak koniec przemian...Z moich pleców wyrosły dwa wielkie czarne skrzydła sięgające do podłogi. Rozpostarłam je. Wyglądałam mniej więcej z perspektywy drugiego człowieka po prostu przerażająco i majestatycznie. Moja dotychczasowa siła zwiększyła się, ale to nie było wszystko moje ruchy także zrobiły się zwinniejsze oraz szybsze. Teraz zabójca Uriela nie mógł nawet równać się ze mną. Widząc to zdarzenie opętany nawet nie ruszał się z miejsca nic nie robił...Był tak samo przerażony jak ja przed chwilą. Bez chwili zastanowienia ruszyłam na niego z szarzy. Wystawiłam włócznie przed siebie i celowałam prosto w jego "klatkę piersiową" gdzie być może znajdowało się u niego coś podobnego do serca. Widząc moją reakcję próbował się bronić. Nic to nie dało. Dla niego była to jak walka z wiatrakami. Jeden mój celny cios i znikł z tego świata na zawsze. Rozmyślałam tylko przez krótką chwilkę bo usłyszałam głośny szloch wiemy leżącej wiedzmy na Urielu.
   -Nie odchodź debilu!-krzyczała-Co ja bez ciebie zrobię ?! Kocham Ciebie ty idioto więc nie masz mi tutaj umierać rozumiesz ?!- Na te słowa stanęłam jak wryta...Myślałam iż są dobrymi przyjaciółmi a tutaj takie wyznanie...
   -Masz mnie za takiego słabego? Chciałabyś musi ktoś dręczyć na tym świecie, a tym kimś jestem ja.- Powiedział tylko te słowa z grymasem na twarzy i stracił przytomność z utraty krwi.
   -O nie mój drogi... Nie dam Ci tej swadystrakcji... Nie odejdziesz od mnie! "Wieczny feniksie to ja twoje dziecko przybądź na me wezwanie i użycz mi swojej mocy!"- te słowa brzmiały jak jakieś zaklęcie...?Jeżeli nim nie było. Przeraziłam się kiedy ciocie "obejmowały" szkarłatne jak krew płomienie. Jej włosy stawały się coraz dłuższe, i paliły się jak pochodnie. Płomienie związywały się w włókna które przeistoczyły się w czerwoną suknię...Dosyć sprośną. Miała wielki dekolt ,a po bokach była wiązana tylko czarnymi sznureczkami. Miała wychawtowane delikatne wzory na kształt łodyg krzewu gorejącego. Wyglądało to obłędnie. 
- Boże zabierz mi wszystko ,tylko nie jego! Życie za niego nawet oddam. Wiem ,że nic nie znaczę ale błagam uzdrów go!- Nagle koło niej pojawiła się biała poświata i usłyszałyśmy ciepły ojcowski głos. 
- Twoja prośba została przyjęta. Uratuję go, ale będziesz musiała poświęcić swoją moc. Będziesz bezbronna, jednak oszczędzę Ci twoją nieśmiertelność.
   Usłyszałam ciche "dziękuję", i zobaczyłam jak omdlewa przemieniając się w swoje normalne ubranie.
- Ehhh i co mówiłem Ci..-Przerwał w połowie zdania- Co ta idiotka zrobiła?! Sam dał bym sobie jakoś rade! A nawet gdyby nie...co ona zrobiła- Do jego oczu napływało kolejnych łez. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć jak ten upierdliwy, ale kochany archanioł płacze. To nie były jakieś tam łzy...To była krew która płynęła prosto z serca. Usłyszałam tylko cichutkie kocham Ciebie od strony Uriela, dla dziedziczki feniksa. Wziął ją jak niegdyś mnie złapał i zaniósł ją do jakiegokolwiek pokoju. Ehhh czemu nagle wszystko musi się pieprzyć...
   Powolnie schodził ze swoim skarbem po stromych skrzypiących schodach. Widząc pierwsze lepsze drzwi otworzyłam je pomagając tym samym Urielowi wystarczająco zajętemu już niesieniem Klary. Podeszłam energicznie do dużego łoża i nakazałam położyć w nim ofiarę dzisiejszej walki. W tym samym czasie stanęłam naprzeciwko kasztanowej szafy wyjmując z niej białą pościel. Opatuliłam ją już spoczywająca kobietę, sama pytając Uriela:
- Myślisz, że wydobrzeje? - mój głos łamała się.
- Pewnie tak, Bócek zabrał jej tylko moc nic nie powinno jej być. -zapadła chwila ciszy - Eeeeej...a tak na marginesie...jak ty...stałaś się...no wiesz...aniołem śmierci ja się pytam?!- Ostatnie słowa wykrzyczał 
- Bo...A sama nie wiem jak to się stało...A świetnie te skrzydełka nie. Zaraz zaraz, że kim ja do jasnej ciasnej jestem?! -Uśmiechałam się psychopatyczne
   -No widać aniołem śmierci...A co do skrzydeł...Tak a szczególnie ,że wiesz jak na nich latać...Nielocie-Zaśmiał się
   -Ujjj grabisz sobie...Jak tak to naucz mnie !
   -Pfff mam ważniejsze rzeczy na głowie niż uczenie kota jak latać...
   -Tak a co ja się pytam?! Lenić się przed telewizorem z piwem?!
   -Mianowicie to tak, miałem to w planach- Posłał mi uśmiech. Yhhh jak ja go nienawidziłam !
   -Czyli jak mam się nauczyć?- Zapytałam już dosyć opanowana.
   -Wpierw wróć do normalnej formy a pogadamy sobie o tym... - Wyszliśmy z pokoju w obawie, iż członkini mojej rodziny się obudzi. Rozeszliśmy się w swoją stronę.
   Docierając do swojego pomieszczenia do głowy przyszły mi niesforne myśli.O rzesz ... zapomniałam...A co jak zostanę taka na zawsze?! Ehhh i jak ja się pokarzę komukolwiek. Chociaż fajna opcja takie coś...Bynajmniej masz dobre przebranie na hallowen. Kogo ja oszukuje...Przecież wiecznie nie będę mieszkała u ciotki...Nic mnie tutaj już nie trzyma. Oni będą żyli razem ,i po co jestem im tutaj potrzebna? Sama też muszę odnaleźć tego idiotę, i zapodać mu nelsona najmocniej jak tylko potrafię.
   Nie chcąc być dłużej objęta mackami samotności zeszłam na dół do salonu gdzie być może żywiołowy anioł zatapiał swoje smutki w alkoholu. Widząc obiekt mojego poszukiwania zaczęłam konwersację:
   -Mam jedno takie pytanko...-Zaczęłam
   -No co ,musisz mieć chyba bardzo ważny powód aby przerywać mi mój opierdaling. Nie mam racji?- wstał z fotela i podszedł do mnie.
   -No mam ty leniu śmierdzący. Jak mogę się przemienić?
   -Ehh i musiałem niepotrzebnie wstawać...-Nie wytrzymałam kopnęłam go z całej siły jaką teraz dysponowałam. I to nie był brzuch.
   -Demon nie baba! Teraz wiem dlaczego Jerard uciekł od ciebie...
   -Osz ty mężczyzno od siedmiu boleści !...Nie żyjesz !- Leżał skulony na podłodze. Nie obchodziło mnie to sprowokował mnie. Skopałam go.
   -Przepraszam ,że przerywam twoje wyżywanie się na mojej osobie...ale czy...mama nie uczyła ,że leżącego się nie kopie?- Przy ostatnim zdaniu przyschnął śmiechem.
   -Ohhh czyli mogę bić pięściami?- W moich oczach zapaliły się dwie niebezpieczne gwiazdki.
   -Nie! Dobra będę już grzeczny!
   -No to powiedz jak mam się z powrotem odmienić?!
   Zapadła chwila niezręcznej ciszy. Poturbowany proszek do prania przełkną tylko ślinę. Kiedy miałam go uderzyć po raz enty, powiedział:
   -Przepraszam...ale anioł śmierci był tylko jeden i on tylko wie jak się przemienić...Ja bladego pojęcia nie mam. Jestem z innego ,rzędu. Takich jak ja są setki, chociaż ja jestem ich przedstawicielem głównym. Anioł śmierci jest traktowany czasami jak bóstwo. Więc masz się z czego szczycić...
   -No dobra ...-Podłam mu rękę i pomogłam wstać.- A gdzie mogę znaleźć tego anioła śmierci?
   -Na początku musisz nauczyć się latać nielocie a potem dopiero poleć do niego...Nie żeby coś ale jest strasznie rygorystyczny i przerażający.- Przeszły go dreszcze.
   -No to kiedy zaczynamy ?- Zapytałam uradowana
   -Jutro rano zaczniemy ćwiczenia nad twoimi kończynami ,aby przystosować je do lotu. Miną miesiące zanim odbijesz swój pierwszy lot. Jak na razie  daj mi odpocząć i sam też to zrób dobrze radzę to był męczący dzień dla nas wszystkich.


*** Cztery miesiące potem

   Był już ranek. Poranne promienie słoneczne delikatnie muskały moją twarz. Dzisiaj miałam odbyć swoją pierwszą poważną lekcję latania. Byłam tak podekscytowana , bo po raz pierwszy od czterech miesięcy polatam na moich cudeńkach. Z niecierpliwości szybko wstałam i poszłam do łazienki. Byłam ubrana w same gacie oraz zadurzą bluzkę z napisem Slayer. Czułam się tak wspaniale uwielbiałam ją. Była taka delikatna. Tylko był jeden problem...No dobra może dwa...Pierwszy cały czas miałam białe włosy. Drugi, mianowicie moje ogromne skrzydła przez które musiałam wyciąć 2 otwory z tyłu aby zmieściła się w nią. Od paru miesięcy doznałam tego samego bólu z którym Uriel boryka się przez całe życie. Podeszłam do ogromnej wanny i napuściłam wody. Zanim zdążyłam wskoczyć do niej i rozkoszować się jej ciepłem, usłyszałam pukanie w zasłonięte  okno. Trochę mnie to zdziwiło ponieważ mój pokój znajdował się na drugim piętrze...Osłoniłam swoje nagie ciało ręcznikiem i odsłoniłam firankę i zobaczyłam tego zboczucha.
   -Koniec kąpania skarbie! Idziemy na trening!
   -Ale... ja ...nawet...nie zdążyłam się wykąpać...-Wydukałam
   -Ach tak ...To nie problem otwórz okno to wymyję Ci skrzydełka- Powiedział z bananem na twarzy, A ja spaliłam buraka.
   - Nigdy! -Zasłoniłam firankę i weszłam szybko do wanny ignorując jakiekolwiek nawoływanie czy stukanie w okno. Woda była gorąca ,ale nie przeszkadzało mi to. Jak dla mnie była idealna. Przypominało mi to ciepło Jerarda...Ciekawe co by teraz zrobił widząc mię taką...Pewnie by rzucił się jak na jakieś mięso. Jezu o czym ja myślę! Chociaż gdybym to ja byłą facetem i zobaczyła taką dziewczynę ...Brała bym...Ehh po krótkim namyśle doszłam do tego iż jestem zboczona...
   Siedziałam w wannę do tego czasu kiedy woda stała się zimna. Byłam teraz czysta i pachnąca. Wytarłam się dokładnie bawełnianym ręcznikiem. Miałam jak zawszę troszeczkę problemu z nowymi kończynami. Ale mogłam przyznać były teraz dwa razy leprze...Takie puszyste...No po prostu do wymacania. Uśmiechnęłam się. Związałam włosy w wysokiego koka. Ubrana byłam w czarne skórzane leginsy i na sobie miałam bluzkę metallicy. Teraz jedno pytanie... Czy wyglądałam jak kobieta ? Nie sądzę. Ale było mi w tym dobrze i nic mnie to nie obchodziło.
   Nagle przypomniało mi się ,iż mam trening który sama wymusiłam ,po raz kolejny od tego lenia. Zleciałam na dół jakby się coś paliło.
   -No wreszcie panienka przyszła -Powiedział ironicznie tupiąc nogą. Na co ja spuściłam głowę ze wstydu- Ile można się kąpać do jasnej ciasnej ja się pytam?!
   -Noo boo...
   -Żadne "Noo boo..." jak masz ze mną treningi to masz być punktualnie zrozumiałaś ?! -Powiedział surowo.
   -Jesteś taki surowy i nieczułyyy...-Odparłam
   -Ehh mniejsza z tym pokarz skrzydła.
   -Eeee, że jak? Nie!Po co Ci one ?!
   -A po to żeby sprawdzić w jakim są stanie, i czy są wystarczająco wytrenowane. Za nim ja je przystosowałem minęły 2 lata.- Skończył mówić i podszedł do mnie. Wziął moje skrzydło i gładził je.- Oż kurczaki jak ty to zrobiłaś ?!
   -Ale co...
   -One są takie gładkie ! Też takie chcę ...Oddaj-Powiedział rozczulony-A co do przystosowania to ,nawet teraz możesz latać. Tylko trzeba odpowiednią technikę przystosować -Zmienił nagle ton.- Patrząc po twoim charakterze będziesz latała szybko, chaotycznie i dumnie. Tylko gdzie ja teraz znajdę trzy piętrowy budynek...-Uśmiechną się patrząc na stary dom.
   -Chyba nie masz zamiaru...-Nie pozwolił mi nawet zakończyć, a wziął mnie przez ramię, postawił mnie dopiero na dachu. Stanęłam niepewnie. Postałam chyba sobie dobre trzy sekundy a zostałam zepchnięta. Nie wiedząc co robię rozpostarłam instynktownie skrzydła...Przestałam spadać. Ja po raz pierwszy unosiłam się samodzielnie w powietrzu. To było wspaniałe. Poruszyłam skrzydłami i nabrałam prędkości, oraz wysokości. To było takie wspaniałe! Nie do opisania. Wręcz tańczyłam w powietrzu. Byłam w tamtym momencie taka szczęśliwa. Teraz mój lęk wysokości uciekł. Nie bałam się już. To co kiedyś przyprawiało mnie o dreszcze ,teraz robi mi za najlepszą chwilę odetchnienia. Nigdy nie przerwę tej chwili! Niestety jak zawsze nie miałam racji przed moimi oczyma pojawiła się wielka przestrzeń. Po drugiej stronie mogłam zauważyć dziwny las rodem z bajek. Na około latały małe elfki. Jedna z nich przyfrunęła do mnie i powiedziała słodkim głosikiem:
   -To już czas. Choć ze mną dziedziczko Michała.

---------------------------------------------------


No...Wiem ,że tak długo nie pisałam ... Ale mam usprawiedliwienie ! Komputer mi wybuchł ... No i nie miałam gdzie pisać . Na pocieszenie macie ten długi jak na mnie rozdział :P

P.S ; Mam wiele w zanadrzu rozdziałów więc nie bójcie się . A i jeszcze jedno beta jeszcze tego nie poprawiła i prawdopodobnie nie poprawi więc oddaje wam taki rozdział ,gdzie ja poprawiłam :D

Miłego czytania

Wasza Youkki :*

1 komentarz:

  1. Piszaj daalej moja kochana <3 ! Niesamowita historia :) DAJ MI WIĘCEJ ! Inaczej będzie źle, zbiorę resztę z klubu widły i pochodnie i pójdziem pod Twój dom !

    OdpowiedzUsuń