Rozdział 5
Czemu to musiał być akurat On. Mogłam zabić każdego, nawet własną matkę, której i tak nienawidziłam. Jednak wiedząc co słuszne powinnam to zrobić. Moje ciało stało się ociąrzałe, a oczy zaszły mgłą.
- Ty Ciućmo jedna ty wstawaj !- Przerwał moje zastanowienia słodki niczym miód głos mojej nie odwzajemnionej miłości.
Wiedziałam teraz co dokładnie się stanie. Będziemy walczyć. Gdybym mogła chociaż nasz los ... Oddała bym wszystko a nawet więcej .
-Zdajesz sobie sprawę ze swojego poczynania ?! Pamiętaj kim jesteś i jaka jest twoja misja ! -znowu usłyszałam ten głos w mojej głowie ... To tak bardzo bolało tym razem. Czemu to muszę być akurat ja?
Nie wiadomo skąd poczułam zimne a zarazem ciepłe ostrze przy mojej delikatnej szyi.
-A więc znowu się spotykamy... Ile to już czasu minęło?! - powiedział zimnym i niezwykle oschłym tonem, którym nigdy się nie zwracał.
Znając swoje położenie przywołałam wiatr i odepchnęłam go na drugą stronę pokoju, w którym aktualnie się znajdowaliśmy, dając sobie tym samym czas na przywołanie mojej boskiej broni, komory powietrza, która pojawiła się tuż przede mną. Chwyciłam za nią i szybko przybrałam postawę bojową, czekając na atak.
Nawet nie minęły ułamki sekund a skrzyżowaliśmy śmiertelne ostrza. Od razu wiedziałam, że to nie będzie łatwa walka. Spięłam wszystkie mięśnie czekając na uderzenie groźnego przeciwnika. Zbliżał się do mnie powolnym krokiem, pokazując tym samym jak niewielką przeszkodą jestem dla niego. Wyciągnęłam przed siebie włócznie, na co on wyciągnął swój ogromny i przerażający miecz i uderzył calą swoją mocą. Zablokowałam cios a cała siła uderzenia przeszła po moim ciele w postaci okropnego dreszczu. Mój ukochany miał w sobie tyle siły, że z trudem odpierałam ataki, które spadały na mnie z ogromną szybkością. Kiedy on droczył się ze mną, ja usilnie starałam się choćby go drasnąć. On operował mieczem tak jakby to było przedłużenie jego własnej ręki. Z każdym cięciem moja skóra coraz bardziej opływała w krew. Wydawała się być marną kartką papieru. Z każdej nawet najmniejszej rany, wylewała się szkarłatna ciecz. Nie byłam jednak na straconej pozycji, kiedy zauważyłam na jego twarzy pewnego rodzaju zdezorientowanie uderzałam go ostrym a także ciepłym powietrzem. Przez to, obydwoje mieliśmy podobne obrażenia. Na jego twarzy wykwitł wredny uśmieszek, patrzał na mnie z kpiną i lekceważeniem. Coraz mniej przypominał samego siebie, coraz przypominał mi mojego ukochanego. Nie mogłam znieść tego, że nawet nie potrafił patrzeć na mnie z szacunkiem, jak na godnego siebie przeciwnika. To wszystko spadło na mnie, obciążyło już zbyt mocno. Czemu wszystko co złe staje na mojej drodze?!
- Czemu taki jesteś?!!! - wykrzyczałam. - Nie masz prawa stąpać po ziemi, pomiocie szatana! Nic w Tobie dobrego nie zostało! Kiedyś jeszcze widziałam dla nas szansę!
- Szansę? Głupia jesteś! Byłaś ślepa, dałaś się zwieść ! A teraz cierp! Nigdy niczego do Ciebie nie czułem!
Stanęłam jak wryta, wszystko widziałam w zwolnionym tempie. Zaraz miał spaść na mnie śmiertelny cios Jerarda. " Córko nie poddawaj się ! Masz wielką moc " Usłyszałam znów ten ciepły, ojcowski głos i już wiedziałam co mam zrobić. Zebrałam w sobie całą swoją moc, na którą składy się moje wzburzone emocje. Uwolniłam ją, a pokój wypełniło światło, Gdy blask znikł zobaczyłam nie przytomnego, byłego przyjaciela. Stanęłam nad jego ciałem i szepnęłam :
- Muszę odejść. Jestem potworem.
Podeszłam do wybitego okna i spojrzałam w dół, wiedziałam, że nie przeżyje skoku z siódmego piętra z tak rozległymi ranami, o ile można mówić, iż skok z takiej wysokości nie zabił by mnie od razu, nawet bez jakichkolwiek ran.
Cała krwawiłam, ledwo utrzymywałam się na nogach i w dodatku miałam zwichniętą kostkę. Musiałam myśleć szybko, w każdej możliwej chwili napastnik mógł się ocknąć. Postanowiłam pójść na żywioł i to dosłownie. Wspięłam się na okno i skoczyłam. Spadając usłyszałam głośny krzyk, mojego Jerarda.
Cała krwawiłam, ledwo utrzymywałam się na nogach i w dodatku miałam zwichniętą kostkę. Musiałam myśleć szybko, w każdej możliwej chwili napastnik mógł się ocknąć. Postanowiłam pójść na żywioł i to dosłownie. Wspięłam się na okno i skoczyłam. Spadając usłyszałam głośny krzyk, mojego Jerarda.
- NIEEE!!!!!!
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nom to macie piąty rozdzialik ! Nie bijcie :)
P.S: Dedyk dla wszystkich czytających ;)
nikt cię nie uderzy... prędzej udusi, zadźga i posiatkuje, a następnie twoje kawałki wrzuci do rzeki :)
OdpowiedzUsuńTeż Cię kocham!
Usuń